Dzięki uprzejmości Pana Wojciecha Osińskiego publikujemy wywiad z Natalią Partyką przeprowadzony dla „Przeglądu Sportowego” przez Panów Wojciecha Osińskiego i Michała Pola.

MICHAŁ POL, WOJCIECH OSIŃSKI: Ma pani dopiero 28 lat, a za sobą już trzy igrzyska olimpijskie i pięć paraolimpijskich. W których jest trudniej?

NATALIA PARTYKA: Poziom jest znacznie wyższy w olimpijskich, ale ze względu na obciążenie psychiczne znacznie bardziej wymagające są dla mnie paraolimpijskie. W nich jestem faworytką, każdy oczekuje, że wygram. Z taką świadomością bardzo trudno się rywalizuje, dlatego paraolimpiada kosztuje mnie mnóstwo nerwów. W Rio po półfinale mówiłam, że rzucam to i że nigdy więcej, ale po zwycięskim finale stwierdziłam, że do Tokio jeszcze pociągnę.

W paraolimpiadzie regularnie ogrywa pani Chinki.

NATALIA PARTYKA: Tak, i mimo że Chińczycy i tak wygrywają większość konkurencji, miło jest usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego podczas dekoracji po serii odtworzeń chińskiego hymnu.

Dlaczego Chińczycy są tacy mocni?

NATALIA PARTYKA: To kwestia systemu i mentalności. Oni znacznie więcej trenują, nie mają innego życia poza sportem. Kiedyś na zgrupowaniu w Chinach widzieliśmy 40-osobową grupę kilkulatków. Wszyscy nienagannie wyszkoleni technicznie, grali na poziomie 15-letnich Europejczyków. Ćwiczą po 8–10 godzin dziennie, do tego mają znakomitych trenerów i konkurentów dookoła, czyli motywację, żeby się wybić. Pewnie niewielu polskich rodziców wysłałoby swoje pięcioletnie dziecko do ośrodka szkoleniowego oddalonego o kilkaset kilometrów i widywało je raz na trzy miesiące. Żeby lepiej opisać chiński model szkolenia, opowiem pewną historię. Byliśmy kiedyś świadkami sytuacji, gdy na treningu trener podszedł do nastoletniej zawodniczki i najpierw uderzył ją w twarz, a potem jeszcze kopnął. Europejczycy przerwali trening, byliśmy w szoku. A oni coś tam pokrzyczeli i następnego dnia współpracowali jakby nic się nie stało. To było coś normalnego. A ta zawodniczka dwa miesiące później została mistrzynią świata juniorek. To Zhu Yuling, obecny numer 2 światowego rankingu, wicemistrzyni świata sprzed dwóch tygodni. Nasz trener Michał Dziubański czasem się śmieje, że zastanawia się nad wprowadzeniem chińskich metod treningowych.

Większość czasu spędza pani w gdańskim ośrodku, od wielu lat trenując głównie z Katarzyną Grzybowską-Franc. Nie macie siebie czasem dość?

NATALIA PARTYKA: Jeszcze jak, czasem nie możemy na siebie patrzeć! Bywa tak, że przez tydzień ćwiczymy tylko ze sobą. W zeszłym roku podpisałam kontrakt z czeskim klubem z Hodonina, więc czasem jeżdżę tam na tydzień potrenować. Dzięki temu mamy z Kasią jakąś odmianę.

Wcześniej nie myślała pani o grze za granicą?

NATALIA PARTYKA: Kiedyś byłam blisko gry w Bundeslidze, ale nie wyszło. Teraz jestem już na to za stara. Może treningowo byłoby to dobre, ale życiowo jestem ustawiona w Trójmieście i nie chciałabym tego zostawiać. Poza tym nie czuję się dobrze w Niemczech, nie wyobrażam sobie siedzenia tam cały rok. Nie żałuję, że nigdy tam nie wyjechałam.

W niemieckiej kadrze jest mnóstwo Chinek, zresztą w całej Europie gra ich bardzo dużo. Co pani sądzi o chińskiej imigracji pingpongowej?

NATALIA PARTYKA: Faktycznie, trochę ich dużo w Europie. Z jednej strony, to może być demotywujące dla młodych graczy, którzy pomyślą „po co mam trenować, skoro i tak nie mam szans na wejście do reprezentacji”. Z drugiej jednak, na treningach z Azjatami można bardzo wiele zyskać. Poza tym Chińczyków też można pokonać. Wszystko sprowadza się do tego, że trzeba dużo i uczciwie pracować oraz bardzo dobrze grać.

W Japonii pojawiło się ostatnio cudowne dziecko – 13-letni Tomokazu Harimoto awansował do ćwierćfinału singla mężczyzn niedawnych mistrzostw świata w Niemczech. Widziała go pani w akcji?

NATALIA PARTYKA: Tak, oglądałam kawałek jego meczu z Junem Mizutanim, brązowym medalistą olimpijskim, szóstym zawodnikiem świata. Mały rozbił go 4:1! On jest niesamowity, 13-latkowie tak nie grają! Ale po nim widać, że to dzieciak, choć już kawał zawodnika. Zresztą Japończycy mają też 16-letnie dziewczyny w światowej czołówce.

Sportowiec to najlepszy zawód na świecie?

NATALIA PARTYKA: Jak patrzę na innych, to uważam, że źle nie mam. Sportowcy nie powinni narzekać, a już na pewno nie tenisiści stołowi. Jasne, włożyłam w karierę dużo pracy, ale było warto. Gdybym mogła drugi raz wybrać swoją drogę życiową, poszłabym w tym samym kierunku. Pewnie, bywało, że nie chciało mi się iść na trening i tata musiał mnie stawiać do pionu. Teraz też gdybym nie miała kontraktu w klubie, zobowiązań, pewnie czasem opuszczałabym treningi. Ale jeśli mi się nie chce pracować, to tylko do momentu, kiedy zaczynam się ruszać i biorę do ręki rakietkę. Potem wszystko wraca do normy. Lubię tenis stołowy i wiem też, że dzięki niemu osiągnęłam w życiu naprawdę wiele.

A teraz pomaga pani spełniać marzenia innym. Jak to się stało, że wpadła pani na pomysł uruchomienia funduszu dla młodych sportowców?

NATALIA PARTYKA: Wszystko zaczęło się od tego, że kilka lat temu władze Gdańska nie przyznały mi stypendium. W mediach zrobił się szum. Zgłosiło się dużo ludzi, którzy oferowali mi pomoc. Zebrała się spora kwota, z którą nie wiedzieliśmy co zrobić i postanowiliśmy założyć fundację wspierającą młodych sportowców. Po dwóch latach przygotowań pomysł wystartował, teraz trwa druga edycja, w sierpniu ruszy trzecia. Muszę przyznać, że choć ze względu na sportowe obowiązki nie mogę brać na bieżąco udziału w pracach, to ta działalność jest dla mnie ważna. Fundusz stanowi dla mnie odskocznią od ping-ponga. Poza tym działa motywująco – wiem, że muszę dobrze grać, aby dużo się mówiło o mnie i o tej idei.

Co roku kapituła z panią na czele wybiera dziesięć osób. To trudne zadanie?

NATALIA PARTYKA: W obecnej edycji trafiło do nas 60 wniosków. Przejrzałam kilka i już pierwsze pięć mi się spodobało. A zostało jeszcze 55 i większość jest bardzo dobra. Dyskusje na forum kapituły bywają bardzo gorące, bo możemy przyznać tylko dziesięć stypendiów. Chcielibyśmy rozszerzyć tę liczbę, ale wszystko rozbija się o pieniądze. W tej chwili możemy działać na taką skalę głównie dzięki Biedronce.

Jedną ze stypendystek była rewelacja igrzysk w Rio, oszczepniczka Maria Andrejczyk.

NATALIA PARTYKA: Poznałam Marysię na wręczeniu stypendiów, a w dniu jej olimpijskiego startu spotkałyśmy się na stołówce. Mówiła, że czuje stres. Trochę pogadałyśmy, a ona potem otarła się o medal. Stypendystą był też Bartek Tyszkowski, który podczas paraolimpiady mieszkał na tym samym piętrze co ja. Pamiętam, że zdobył srebro w pchnięciu kulą, o centymetr przegrał z Niemcem, z którym wygrywał od 2013 roku. Już wiele razy przekonałam się, że nasze stypendia trafiają do wspaniałych sportowców i pomagają im się rozwijać. Mam nadzieję, że tak będzie też w kolejnych latach.

W sierpniu startuje trzecia edycja.

Fundusz Natalii Partyki powstał, aby wspierać młodych sportowców (17–22 lata), którzy z powodu różnych przeciwności losu mają trudności z rozwojem kariery. Aby zdobyć stypendium w wysokości 10 tys. zł, należy nagrać minutowy filmik, w którym zaprezentuje się swoją kandydaturę. Powinien zawierać odpowiedź na pytanie – „Dlaczego to właśnie ty powinieneś otrzymać stypendium z Funduszu Natalii Partyki?”. Film należy udostępnić w internecie, a link wstawić do wniosku, który po wypełnieniu trzeba przesłać wraz z wymaganymi załącznikami na adres: stypendium@fundusznataliipartyki.pl.

Oryginalny tekst do znalezienia pod adresem http://www.przegladsportowy.pl/tenis-stolowy,natalia-partyka-gram-nie-tylko-dla-siebie-natalia-partyka-wywiad,artykul,793248,1,857.html

 

Podobne Posty

Zostaw komentarz

Twój adres internetowy nie zostanie opublikowany